ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Wychodzi ze mnie gwałtownie, a ja
się krzywię. Siada na łóżku i wrzuca zużytą
prezerwatywę do kosza.
- Chodź, musimy się ubrać. To
znaczy jeśli chcesz poznać moją
matkę. - Uśmiecha się szeroko, zeskakuje na podłogę i wciąga dżinsy. Bez bielizny! Próbuję wstać, ale nadal
jestem związana.
- Christian, nie mogę się ruszyć.
Uśmiecha się jeszcze szerzej i pochyla się, by rozwiązać
krawat. Faktura tkaniny odcisnęła się na moich nadgarstkach. To jest... seksowne. Wpatruje się we mnie rozbawiony,
a w jego oczach tańczy radość. Szybko
całuje mnie w czoło i uśmiecha się do mnie promiennie.
- Kolejny pierwszy raz - stwierdza, ale ja nie mam
pojęcia, o czym mówi.
- Nie mam tu żadnych czystych
ubrań. - Ogarnia mnie nagła panika i
zdając sobie sprawę, czego właśnie doświadczyłam, czuję, że ta świadomość mnie przytłacza. Jego matka! Jasny gwint! Nie mam żadnych
czystych ubrań, a ona praktycznie przyłapała nas
na gorącym uczynku. - Może powinnam zostać tutaj?
- O nie. Możesz włożyć coś mojego. -
Sam wrzucił na grzbiet białą koszulkę i
przeczesał palcami fryzurę „po seksie". Pomimo przerażenia gubię wątek. Czy kiedykolwiek przyzwyczaję
się do widoku tego pięknego mężczyzny? Jego uroda
zwala z nóg.
- Anastasio, mogłabyś włożyć na
siebie worek, a i tak
wyglądałabyś przepięknie. Nie przejmuj się,
proszę. Chciałbym, żebyś poznała moją matkę. Ubierz
się. Ja pójdę na dół ją uspokoić. - Zaciska usta. - Oczekuję cię w pokoju za pięć minut, inaczej przyjdę i sam cię stąd wyciągnę, bez względu na to, jak
będziesz ubrana. T- shirty są w komodzie, a koszule w szafie. Bierz, co
chcesz! - Przez chwilę uważnie mi się
przygląda, po czym wychodzi z pokoju.
A niech to. Matka Christiana. Tego
nie było w negocjacjach. Może to spotkanie ułatwi nam
dopięcie tej układanki. Może pozwoli mi zrozumieć,
dlaczego Christian jest taki, jaki jest... Nagle czuję, że chcę ją poznać. Podnoszę z podłogi swoją koszulę i z radością stwierdzam,
że przetrwała wczorajszą noc prawie bez zagnieceń. Znajduję pod łóżkiem
niebieski stanik i szybko się ubieram. Jest jednak
coś, czego nienawidzę: niemożność założenia czystych majtek. Szperam w komodzie Christiana i znajduję
obcisłe bokserki. Zakładam obcisłą
szarą bieliznę Calvina Kleina, wciągam swoje dżinsy i conversy.
Łapiąc w locie żakiet, wpadam do
łazienki i patrzę na moje rozświetlone oczy, zaróżowioną twarz i włosy! Jasny
gwint... Kucyki w stylu „po seksie" też mi nie pasują. Szukam w
szafce szczotki i znajduję grzebień. Musi
wystarczyć. Jedynym wyjściem jest kucyk. Rozpaczam nad swoim strojem. Może powinnam skorzystać z ubraniowej oferty Christiana. Moja podświadomość
kpiąco wydyma wargi. Ignoruję ją.
Szamocząc się z żakietem, cieszę się, że
rękawy zakrywają znamienne ślady po krawacie. Rzucam ostatnie spojrzenie
w lustro. To będzie musiało wystarczyć. Udaję się do salonu.
- A oto i ona. - Christian wstaje z sofy, na której
zdążył się rozsiąść.
Na jego twarzy malują się ciepło i
uznanie. Siedząca obok kobieta o piaskowych włosach odwraca się i posyła mi
szeroki, promienny uśmiech. Ona również wstaje. Jest nienagannie ubrana w delikatną dzianinową sukienkę w wielbłądzim
kolorze i dobrane
kolorystycznie buty. Wygląda zadbanie, elegancko i pięknie, a ja w środku lekko zamieram, przypominając sobie, że
sama wyglądam jak nieboskie
stworzenie.
- Mamo, to Anastasia Steele.
Anastasio, to Grace Trevelyan- Grey.
Dr Trevelyan-Grey wyciąga do mnie rękę. T... jak
Trevelyan?
- Miło panią poznać - mówi cicho. Jeśli się nie
mylę, w jej
głosie słychać cień zdumienia i ulgi, a w piwnych
oczach dostrzegam ciepły blask. Ujmuję jej dłoń i po
prostu muszę się uśmiechnąć, odwzajemniając
życzliwość.
- Doktor Trevelyan-Grey - bąkam.
- Mów mi Grace. - Uśmiecha się, a Christian
marszczy brwi.
- Zwykle jestem doktor Trevelyan, a pani Grey to moja teściowa. - Puszcza do mnie oko. - Więc jak się poznaliście? -
Spogląda pytająco na Christiana, nie
kryjąc ciekawości.
- Anastasia przeprowadzała ze mną
wywiad dla gazety studenckiej WSU, ponieważ w tym tygodniu będę tam wręczał dyplomy.
Kuźwa do kwadratu. Zupełnie o tym zapomniałam.
- A więc kończy pani studia? - pyta Grace.
- Tak.
Dzwoni moja komórka. Założę się, że to Kate.
- Przepraszam. - Telefon jest w kuchni. Odchodzę
i pochylam się nad barem śniadaniowym, nie
sprawdzając numeru.
- Kate.
- Dios mio! Ana! - Jasny
gwint, to José. W jego głosie słychać desperację. - Gdzie jesteś? Próbowałem
się z tobą skontaktować. Muszę się z tobą
zobaczyć i przeprosić za swoje
piątkowe zachowanie. Dlaczego nie odbierasz moich
telefonów?
- Słuchaj, José, to nie jest odpowiedni moment. - Zerkam
z obawą na Christiana, który intensywnie się we mnie wpatruje, ze spokojem na twarzy szepcząc coś do swojej
matki. Odwracam się do niego
plecami.
- Gdzie jesteś? Kate odpowiada tak wymijająco -
skomle.
- W Seattle.
- Co robisz w Seattle? Jesteś z nim?
- José, zadzwonię później. Nie mogę teraz z tobą
rozmawiać.
- Rozłączam się.
Wracam nonszalancko do Christiana i jego
rozgadanej matki.
- ...i Elliot zadzwonił powiedzieć, że jesteś. Nie
widziałam
cię przez dwa tygodnie, kochany.
- Dzwonił, tak? - szemrze Christian,
wpatrując się we mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Pomyślałam, że moglibyśmy zjeść
razem lunch, ale widzę, że masz inne plany, a ja nie chcę burzyć ci dnia. -
Podnosi długi kremowy płaszcz i odwraca się
do Christiana, nadstawiając policzek. On
całuje ją szybko, czule. Ona go nie dotyka.
- Muszę zawieźć Anastasię z powrotem
do Portland.
- Oczywiście, kochanie. Anastasio,
miło mi było cię poznać. Mam nadzieję, że się jeszcze
zobaczymy. - Z błyskiem w oku wyciąga
do mnie dłoń i żegnamy się.
Taylor pojawia się... skąd?
- Pani Grey? - pyta.
- Dziękuję, Taylor. - Wyprowadza ją przez
dwuskrzydłowe
drzwi do holu. Taylor był tu przez cały czas? Od
jak dawna tu jest?
Gdzie był do tej pory?
Christian rzuca mi gniewne spojrzenie.
- A więc fotograf dzwonił.
Cholera.
- Tak.
- Czego chciał?
- Tylko przeprosić, no wiesz, za piątek.
Christian mruży oczy.
- Rozumiem - mówi tylko.
Ponownie pojawia się Taylor.
- Panie Grey, jest problem z transportem do
Darfuru.
- Charlie Tango z powrotem na Boeing Field?
- Tak, proszę pana.
Taylor kiwa głową w moją stronę.
- Panno Steele.
Uśmiecham się do niego nieśmiało, a on odwraca się
i wychodzi.
- Czy on tu mieszka? Taylor?
- Tak - odpowiada Christian zdawkowo. O co mu
chodzi?
Idzie do kuchni, sięga po BlackBerry i przegląda
jakieś mejle,
w każdym razie coś, co wygląda na mejle. Z zaciśniętymi ustami wykonuje telefon.
- Ros, co to za problem? - rzuca. Słucha, patrząc na mnie
badawczo szarymi oczami, kiedy tak stoję
pośrodku wielkiego pokoju,
zastanawiając się, co ze sobą zrobić, czując się niezwykle niezręcznie i nie na miejscu. - Nie będę narażał
żadnej z załóg. Nie, odwołaj... Zamiast tego zrzucimy z powietrza... Dobrze. -
rozłącza się. Ciepło w jego oczach
zniknęło. Wygląda złowrogo i po jednym zerknięciu
na mnie udaje się do gabinetu i wraca chwilę później. - To jest kontrakt. Przeczytaj go i omówimy go w
przyszły weekend. Sugeruję, żebyś poszperała trochę, żeby wiedzieć, z
czym to się wiąże. - Tu robi pauzę. - To znaczy jeśli się zgodzisz, a ja mam wielką nadzieję, że tak. - Kiwa głową, a jego ton
staje się łagodniejszy, zatroskany.
- Poszperać?
- Zdziwisz się, co można znaleźć w Internecie -
wyjaśnia.
Internet! Nie mam dostępu do komputera, jedynie do
laptopa
Kate, a nie mogę użyć komputera u Claytona, na
pewno nie do takiego „szperania".
n-bx � m . ( �' ne-height:14.3pt;mso-line-height-rule:
exactly;mso-pagination:none;mso-layout-grid-align:none;text-autospace:none'>
- Rozumiem - mówi tylko.
Ponownie pojawia się Taylor.
- Panie Grey, jest problem z transportem do
Darfuru.
- Charlie Tango z powrotem na Boeing Field?
- Tak, proszę pana.
- O co chodzi? - pyta, przechylając głowę.
- Nie mam komputera. Może Kate mi użyczy laptopa.
Podaje mi szarą kopertę.
- Na pewno mogę ci jakiś... eee...
pożyczyć. Weź rzeczy, to zawiozę cię do Portland, a po
drodze zjemy jakiś lunch. Muszę się przebrać.
- Tylko zadzwonię - mówię cicho.
Chcę usłyszeć głos Kate. On marszczy brwi.
- Fotograf? - Ma zaciśnięte usta, a oczy mu płoną. - Nie lubię się dzielić, panno Steele. Pamiętaj o tym. -
Jego cichy, chłodny ton brzmi
ostrzegawczo i posyłając mi długie, chłodne spojrzenie, Christian wychodzi z pokoju.
Rany boskie. Chciałam tylko
zadzwonić do Kate. Chcę za nim krzyknąć, ale jego nagła
rezerwa mnie sparaliżowała. Co się
stało z tym szczodrym, zrelaksowanym, uśmiechniętym
człowiekiem, który kochał się ze mną niespełna pół
godziny temu?
- Gotowa? - pyta Christian i stajemy
przed drzwiami do holu.
Kiwam niepewnie głową. Ponownie
przyjął swoją chłodną, uprzejmą, spiętą postawę, jego maska powróciła i jest
wyraźnie widoczna. Ma ze sobą skórzaną torbę
na ramię. Po co mu ona? Może zostaje
w Portland? I wtedy przypominam sobie o uroczystości zakończenia studiów. No
tak... Będzie tam w czwartek. Włożył czarną skórzaną kurtkę. W tym
stroju z pewnością nie wygląda na
multimilionera, miliardera czy innego „era". Wygląda jak chłopak z szemranej dzielnicy, może niegrzeczny rockman
albo model z wybiegu. Wzdycham,
żałując, że nie mam choćby jednej dziesiątej jego pewności siebie. Jest taki spokojny i opanowany. Marszczę
czoło na wspomnienie jego wybuchu w odniesieniu do José... No cóż, przynajmniej wygląda na spokojnego i
opanowanego.
- A więc do jutra - rzuca Christian
do Taylora, który w odpowiedzi kiwa głową.
- Tak, proszę pana. Który samochód pan bierze?
Zerka na mnie.
- R8.
- Bezpiecznej podróży, panie Grey. Panno Steele. - Taylor
patrzy na mnie uprzejmie, ale w jego oczach
dostrzegam cień współczucia.
Niewątpliwie myśli, że uległam podejrzanym seksualnym zwyczajom pana Greya. Jeszcze nie, dopiero jego
wyjątkowym zwyczajom, no chyba że dla wszystkich seks tak wygląda. Na
myśl o tym marszczę czoło. Nie mam
porównania, a nie mogę zapytać Kate.
Tę kwestię będę musiała poruszyć z Christianem. To naturalne, że powinnam z kimś porozmawiać - a nie mogę
porozmawiać z nim,
skoro raz jest taki otwarty, a za chwilę zupełnie
nieprzystępny.
Taylor otwiera nam drzwi i prowadzi
na zewnątrz. Christian przywołuje windę.
- O co chodzi, Anastasio? - Skąd wie, że przetrawiam coś w myślach? Unosi moją brodę. - Przestań
przygryzać wargę, inaczej przelecę
cię w windzie bez względu na to, kto z nami wsiądzie.
Czerwienię się, ale dostrzegam
uśmiech w kąciku jego ust, nareszcie
jego humor wydaje się zmieniać.
- Christian, mam problem.
- Tak? - Poświęca mi uwagę bez reszty.
Przyjeżdża winda. Wsiadamy i
Christian naciska przycisk oznaczony
literką P.
- Więc tak. - Czerwienię się. Jak
to powiedzieć? - Muszę porozmawiać z Kate. Mam tyle pytań na temat seksu, a ty
jesteś taki zajęty. Jeśli chcesz, żebym robiła wszystkie te rzeczy,
skąd mam wiedzieć... - Urywam, szukając
odpowiednich słów. - Po prostu nie mam
żadnego punktu odniesienia.
Przewraca oczami.
- Porozmawiaj z nią, jeśli musisz. - Chyba się
zirytował. -
Ale upewnij się, że nie wspomni o niczym
Elliotowi.
Oburzam się, słysząc taką insynuację. Kate nie jest
taka.
- Nie zrobiłaby tego, a ja nie powtórzyłabym tobie
nic,
co ona mówi o Elliocie. Gdyby mi, oczywiście,
cokolwiek powiedziała - dodaję szybko.
- Cóż, różnica polega na tym, że ja o jego życiu
seksualnym nie chcę nic wiedzieć. Elliot to ciekawski drań. Ale tylko o tym, co
robiliśmy do tej pory - ostrzega. - Prawdopodobnie wyrwałaby mi jaja, gdyby wiedziała, co chcę z tobą zrobić -
dodaje tak łagodnie, że nie jestem
pewna, czy powinnam to słyszeć.
- W porządku. - Zgadzam się od razu, uśmiechając się do
niego z ulgą. Wizja Kate z jajami Christiana nie wydaje mi się kusząca.
Lekko wykrzywia usta i potrząsa głową.
- Im szybciej będę miał twoje posłuszeństwo, tym lepiej,
i skończymy wtedy z tym wszystkim - mruczy.
- Skończymy z czym?
- Z twoim sprzeciwianiem się mnie.
- Chwyta mnie za brodę i składa na moich ustach delikatny, słodki pocałunek
dokładnie w momencie, gdy drzwi windy się
rozsuwają. Za rękę prowadzi mnie do
podziemnego garażu.
Ja mu się sprzeciwiam... jak?
Obok windy widzę czarne audi z napędem na cztery
koła, ale
to stylowy, sportowy wóz wydaje dźwięk i mruga światłami, gdy Christian kieruje w jego stronę pilota. To jeden z
tych samochodów, na których masce powinna leżeć długonoga blondynka
przepasana jedynie szarfą.
- Ładny samochód - rzucam oschle.
Zerka na mnie i uśmiecha się szeroko.
- Wiem - odpowiada i na ułamek sekundy powraca
słodki,
młody, beztroski Christian. Robi mi się cieplej na sercu. Jest tak podekscytowany. Ach, chłopcy i ich zabawki.
Przewracam oczami, ale nie potrafię
powstrzymać uśmiechu. Otwiera przede mną drzwi, a ja wsiadam do środka. Uuu... jak nisko. Obchodzi samochód ze swobodnym wdziękiem i elegancko sadza swe
długie ciało obok
mnie. Jak on to robi?
- Jaki to samochód?
- Audi R8 Spyder. Jest piękny dzień, więc możemy
opuścić
dach. Tam jest bejsbolówka, a właściwie powinny być
dwie. -
Wskazuje na schowek. - I okulary przeciwsłoneczne,
jeśli chcesz.
Przekręca kluczyk i słyszę warkot
silnika. Christian kładzie torbę za naszymi siedzeniami,
naciska przycisk i dach powoli się
składa. Po jednym kliknięciu otacza nas głos
Bruce'a Springsteena.
- Nie można nie kochać Bruce'a - szczerzy się do mnie, po czym wyjeżdża z miejsca parkingowego i w górę po
rampie, gdzie zatrzymuje się przed
szlabanem.
Wyjeżdżamy na ulice Seattle w jasny,
majowy poranek. Sięgam do schowka i wyjmuję czapki. Mariners. Lubi
baseball? Podaję mu czapkę, a on ją zakłada.
Przekładam swój kucyk przez otwór z
tyłu i opuszczam nisko daszek.
Ludzie gapią się na nas, gdy przejeżdżamy ulicami. Przez chwilę myślę, że na niego... A potem paranoiczna
część mnie myśli, że na mnie, ponieważ wiedzą, co robiłam przez ostatnie
dwanaście godzin, ale w końcu zdaję sobie sprawę, że patrzą na samochód. Christian chyba tego nie zauważa, pogrążony w
myślach.
Ruch jest niewielki i wkrótce docieramy do autostrady
I-5, prowadzącej na południe, a wiatr
omiata nam głowy. Bruce śpiewa o
rozpaleniu i podnieceniu. Jak trafnie! Czerwienię się, słuchając słów piosenki. Christian zerka na mnie. Ma na
nosie ray-bany, więc nie mogę nic wyczytać z jego oczu. Jego usta drgają
minimalnie. Kładzie rękę na moim kolanie,
lekko je ściskając.
- Głodna?
No, na jedzenie akurat nie mam ochoty.
- Niespecjalnie.
Zaciska usta w cienką linię.
- Musisz jeść, Anastasio - beszta mnie. - Znam
świetne
miejsce niedaleko Olimpii. Tam się zatrzymamy. -
Znów ściska moje kolano, a potem kładzie rękę z powrotem na kierownicy
i dociska gaz. Wdusza mnie w fotel. Rany, ależ ten
samochód sunie.
n� z a g ( �'
Wskazuje na schowek. - I okulary przeciwsłoneczne,
jeśli chcesz.
Przekręca kluczyk i słyszę warkot
silnika. Christian kładzie torbę za naszymi siedzeniami,
naciska przycisk i dach powoli się
Restauracja jest mała i kameralna, właściwie to drewniana
chata w środku lasu. Wystrój jest rustykalny: krzesła każde z innej parafii i
stoły pokryte kraciastymi obrusami z polnymi kwiatami w wazonach. Cuisine Sauvage[5] - głosi napis nad wejściem.
- Dawno tu nie byłem. Nie ma tu
wielkiego wyboru, przyrządzają to, co złapali albo
zebrali. - Unosi brwi, udając przerażenie,
a ja muszę się zaśmiać. Kelnerka przyjmuje zamówienie na napoje. Czerwieni się, widząc Christiana. Unika
kontaktu wzrokowego z nim, chowając się pod
długą, jasną grzywką. Podoba
jej się! Więc nie tylko mnie!
- Dwa kieliszki Pinot Grigio - mówi
Christian tonem znawcy.
Wydymam wargi zirytowana.
- Co? - rzuca.
- Poproszę dietetyczną colę - szepczę.
Mruży szare oczy i potrząsa głową.
- Pinot Grigio, które tu podają, to dobre wino i
będzie
pasowało do posiłku, cokolwiek dostaniemy -
tłumaczy cierpliwie.
- Cokolwiek dostaniemy?
- Tak. - Uśmiecha się, przechylając głowę, a mój
żołądek
wykonuje salto. Nie mogę nie odwzajemnić tak
wspaniałego
uśmiechu. - Spodobałaś się mojej matce - dorzuca
chłodno.
- Naprawdę? - Czerwienię się pod wpływem jego słów.
- O tak. Zawsze myślała, że jestem gejem.
Otwieram usta ze zdziwienia i
przypominam sobie to pytanie z wywiadu.
Och, nie.
- Dlaczego myślała, że jesteś gejem? - pytam
cicho.
- Ponieważ nigdy nie widziała mnie z dziewczyną.
- Och... z żadną z tych piętnastu?
Uśmiecha się.
- Zapamiętałaś. Nie, z żadną z piętnastu.
- Och.
- Wiesz, Anastasio, dla mnie to też był weekend
pierwszych
razów.
- Tak?
- Nigdy z nikim nie spałem, nigdy nie uprawiałem seksu
w swoim łóżku, nigdy nie zabrałem dziewczyny do
Charliego Tango, nigdy nie przedstawiłem kobiety
mojej matce. Co ty ze mną robisz? - Jego oczy płoną, zaś intensywność ich
spojrzenia zapiera mi dech w
piersiach.
Kelnerka wraca z kieliszkami wina,
a ja od razu upijam łyk.
Czy on się otwiera, czy jedynie dzieli się zwykłym
spostrzeżeniem?
- Naprawdę dobrze się bawiłam w ten weekend - mówię cicho.
- Przestań przygryzać tę wargę - warczy. - Ja też -
dodaje.
- Co to jest waniliowy seks? - pytam, żeby tylko
nie skupiać
się na tym intensywnym, palącym, seksownym
spojrzeniu, którym mnie obdarza. Śmieje się.
- Czysty seks, Anastasio. Żadnych zabawek ani dodatków. -
Wzrusza ramionami. - No wiesz... a
właściwie nie wiesz, ale to jest właśnie
to.
- Och. - Myślałam, że nasz seks był
czekoladowy z sosem
karmelowym i wisienką na wierzchu. Ale co ja tam
mogę wiedzieć.
Kelnerka przynosi nam zupę i oboje wpatrujemy się w nią podejrzliwie.
- Zupa z pokrzyw - informuje nas, po
czym odwraca się gwałtownie i wraca do kuchni. Chyba
nie podoba jej się, że Christian ją ignoruje. Niepewnie próbuję zupy. Jest pyszna. Dokładnie w tym samym momencie oboje z Christianem spoglądamy na
siebie z ulgą. Chichoczę, a on przekrzywia głowę.
- To piękny dźwięk - mruczy.
- Dlaczego wcześniej nie uprawiałeś waniliowego seksu?
Czy zawsze robiłeś... eee, to co robisz? - pytam
zaintrygowana.
Wolno kiwa głową.
- Tak jakby - mówi ostrożnie. Przez chwilę marszczy brwi
i zdaje się prowadzić jakąś wewnętrzną walkę. Wreszcie patrzy na mnie, podjąwszy decyzję. - Jedna z koleżanek
mojej matki uwiodła mnie, gdy miałem
piętnaście lat.
- Och. - Cholera, wcześnie!
- Miała bardzo szczególne upodobania. Byłem jej
uległym
przez sześć lat. - Wzrusza ramionami.
- Przestań przygryzać tę wargę - warczy. - Ja też -
dodaje.
- Co to jest waniliowy seks? - pytam, żeby tylko
nie skupiać
- Och. - To wyznanie mnie sparaliżowało.
- Tak więc wiem, z czym się to
wiąże, Anastasio. - W jego oczach
maluje się zrozumienie.
Patrzę na niego, nie mogąc wydobyć
z siebie głosu. Nawet moja podświadomość milczy.
- Moje pierwsze spotkanie z seksem trudno uznać
za przeciętne.
Zwycięża ciekawość.
- Nie spotykałeś się z nikim w college'u?
- Nie. - Kręci głową, podkreślając to jedno słowo.
Na chwilę naszą rozmowę przerywa kelnerka, która
przyszła
po talerze.
- Dlaczego? - pytam, kiedy zostajemy sami.
Christian uśmiecha się sardonicznie.
- Naprawdę chcesz wiedzieć?
- Tak.
- Nie miałem ochoty. Ona była wszystkim, czego
pragnąłem,
czego potrzebowałem. Poza tym sprałaby mnie za coś
takiego
na kwaśne jabłko. - Uśmiecha się ciepło na to
wspomnienie.
Ooch, to zdecydowanie zbyt dużo
informacji - ale chcę więcej.
- Skoro to była koleżanka twojej
matki, ile miała wtedy lat?
Uśmiecha się znacząco.
- Wystarczająco dużo, aby mieć więcej rozumu.
- Nadal się z nią spotykasz?
- Tak.
- Czy wy nadal... eee... - Oblewam się rumieńcem.
213
- Nie. - Kręci głową i obdarza mnie pobłażliwym
uśmiechem. - Przyjaźnimy się.
- Och. Twoja matka wie?
Jego spojrzenie mówi: zwariowałaś?
- Oczywiście, że nie.
Kelnerka wraca z sarniną, ale ja nie mam już
apetytu. Cóż
za rewelacja. Christian uległym... W mordę jeża.
Pociągam spory łyk Pinot Grigio - oczywiście ma rację,
wino jest przepyszne. Jezu, teraz to dopiero mam o czym myśleć. Potrzebuję czasu, aby to wszystko przetrawić, czasu na osobności, a nie kiedy
rozprasza mnie jego obecność. To samiec alfa, niezwykle
dominujący, a teraz do naszego równania
dorzucił jeszcze to. Wie, co to znaczy uległość.
- Ale to nie był stały układ? - W głowie mam
mętlik.
- Był, chociaż nie spotykaliśmy się codziennie.
Było...
trudno. W końcu chodziłem jeszcze do szkoły, a
potem do college'u. Jedz, Anastasio.
- Naprawdę nie jestem głodna,
Christianie. - Niedobrze mi od twoich
rewelacji.
Zaciska usta.
- Jedz - rzuca cicho, zbyt cicho.
Patrzę na niego. W głosie tego mężczyzny,
wykorzystywanego seksualnie w wieku młodzieńczym,
słychać teraz groźbę.
- Za chwilkę - mamroczę.
On mruga kilka razy.
- W porządku - odpowiada i zabiera się za swoje
danie.
Tak właśnie będzie, jeśli podpiszę umowę:
nieustanne
wydawanie poleceń. Marszczę brwi. Rzeczywiście tego
chcę? Sięgam po sztućce i z wahaniem kroję
kawałek mięsa. Jest bardzo smaczne.
- Czy tak będzie wyglądać nasz...
eee... związek? - pytam szeptem. - Ciągłe rozkazy? - Nie jestem w stanie spojrzeć
mu w oczy.
- Tak - odpowiada cicho.
- Rozumiem.
- Co więcej, będziesz tego chciała - dodaje.
Szczerze wątpię. Odkrawam kolejny kawałek sarniny
i podnoszę widelec do ust.
- To ważny krok - mówię, a potem jem.
- Zgadza się. - Na chwilę zamyka oczy. Kiedy je otwiera,
W jego oczach widać szczerość i
pragnienie. I tego właśnie nie
potrafię zrozumieć. Dlaczego ja? Czemu nie jedna z tej
piętnastki? O nie... Ja też stanę się numerem?
Szesnastym z wielu?
- Co się stało z tamtymi piętnastoma? - wyrzucam z
siebie.
Unosi ze zdziwieniem brwi, po czym zrezygnowany kręci
głową.
- Różne rzeczy, ale sprowadza się to
do... - urywa, jakby szukał w myślach odpowiedniego słowa. -
...niedopasowania. - Wzrusza ramionami.
- I uważasz, że ja będę do ciebie pasować?
- Tak.
- Więc nie spotykasz się już z żadną z nich?
- Nie, Anastasio. Jestem monogamistą.
Och... a to nowina.
- Rozumiem.
- Poszperaj w necie, Anastasio.
Odkładam sztućce. Więcej nie dam rady zjeść.
- To wszystko? Tyle tylko zamierzasz zjeść?
Kiwam głową. Christian robi gniewną minę, ale nic nie mówi. Oddycham z ulgą. Żołądek skręca mi się od
tych wszystkich nowin, a od wina trochę kręci mi się w głowie. Patrzę,
jak zjada swoją porcję. Ależ on ma apetyt.
Sporo musi ćwiczyć, aby mieć taką fantastyczną
sylwetkę. Oczami wyobraźni widzę, jak spodnie od piżamy zwisają mu z
bioder. Strasznie mnie ta wizja rozprasza. Poprawiam się na krześle. Christian
podnosi na mnie wzrok, a ja oblewam się
rumieńcem.
- Oddałbym wszystko, aby się dowiedzieć, o czym teraz myślisz - mruczy.
Moje policzki robią się jeszcze
bardziej czerwone, a on uśmiecha się szelmowsko.
- Cieszę się, że nie potrafisz czytać mi w myślach.
- W myślach nie, Anastasio, ale ciało... Cóż, udało
mi się je
poznać całkiem dobrze - mówi znacząco. Jak on to robi, że tak szybko
przeskakuje z jednego nastroju w drugi? Jest taki zmienny... Trudno dotrzymać mu kroku.
Gestem przywołuje kelnerkę i prosi o rachunek.
Uregulowawszy go, wstaje i wyciąga rękę.
- Chodź.
Prowadzi mnie do samochodu. Ten kontakt, ciało przy
ciele,
jest taki nieoczekiwany, taki normalny, pełen
zażyłości. Jakoś trudno mi pogodzić zwyczajny, czuły gest z
tym, co Christian chce robić w tamtym
pokoju... Czerwonym Pokoju Bólu.
Milczymy w drodze z Olympii do Vancouver, każde
Odkładam sztućce. Więcej nie dam rady zjeść.
zatopione w swoich myślach. Kiedy zatrzymujemy się pod moim mieszkaniem, jest już piąta. W oknach pali się
światło, a więc Kate jest w domu. Na
pewno się pakuje, chyba że towarzyszy jej jeszcze Elliot. Christian gasi
silnik i dociera do mnie, że będę się musiała z
nim rozstać.
- Masz ochotę wejść? - pytam. Nie
chcę, aby odjeżdżał. Nie chcę się jeszcze rozstawać.
- Nie. Mam sporo pracy. - Patrzy na
mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
A ja wbijam wzrok w splecione palce.
Nagle robi mi się smutno. Christian mnie opuszcza. Ujmuje teraz moją dłoń i
powoli unosi do ust, po czym czule całuje.
To taki staromodny, słodki gest. Serce
podchodzi mi do gardła.
- Dziękuję ci za ten weekend,
Anastasio. Było... fantastycznie. Środa? Przyjadę po ciebie do pracy czy
gdzie tylko chcesz, dobrze? - pyta miękko.
- Środa - odpowiadam szeptem.
Jeszcze jeden pocałunek w dłoń, którą następnie odkłada
na moje kolana. Wysiada z samochodu, by otworzyć mi
drzwi. Dlaczego nagle czuję się taka
osamotniona? W gardle tworzy mi się gula. Nie mogę pozwolić, aby widział mnie w takim stanie. Z przyklejonym do twarzy uśmiechem wysiadam z auta
i ruszam w stronę schodków, wiedząc, że muszę
stanąć twarzą w twarz z Kate. Boję się tego. W połowie drogi
odwracam się. Głowa do góry, Steele.
- Och... a tak przy okazji, mam na sobie twoją bieliznę.
- Uśmiecham się i na potwierdzenie swoich
słów pociągam za gumkę bokserek.
Christianowi opada szczęka. Cóż za reakcja! Od razu poprawia mi się humor. Wolnym krokiem podchodzę
do drzwi, choć
w głębi duszy mam ochotę skakać i wyrzucać w górę
zaciśniętą dłoń. TAK! Moja wewnętrzna bogini się
raduje.
Kate w salonie pakuje właśnie książki do skrzynek.
- Wróciłaś. Gdzie Christian? Jak się czujesz?
Nie mam szans się nawet przywitać, a już
niespokojnie
podchodzi do mnie, chwyta za ramiona i lustruje moją
twarz. Cholera... Muszę się teraz zmierzyć
z nieustępliwością Kate, a przecież podpisałam dokument
zakazujący mi rozmów. Czarno to widzę.
- No i jak było? Nie mogłam przestać
o tobie myśleć,
oczywiście jak Elliot już sobie poszedł. - Uśmiecha
się figlarnie.
Ja też się uśmiecham, ale nagle
czuję się onieśmielona. Policzki mi czerwienieją. To sprawy prywatne. Świadomość
tego, co Christian ma do ukrycia. Ale muszę
jej coś powiedzieć, cokolwiek, w
przeciwnym razie nie da mi spokoju.
- Było dobrze, Kate. Chyba nawet bardzo - mówię cicho, starając się powstrzymać zdradliwy uśmiech.
- Chyba?
- Nie mam przecież porównania, prawda? - Wzruszam
ramionami ze skruchą.
- Miałaś orgazm?
Ożeż ty. Jest taka bezpośrednia. Oblewam się
krwistym
rumieńcem.
- Tak - bąkam.
Kate pociąga mnie w stronę sofy i siadamy. Ujmuje moje dłonie.
- To fantastycznie. - Patrzy na
mnie z niedowierzaniem. - To
był twój pierwszy raz. Ten Christian naprawdę musi
być dobry w te klocki.
Och, Kate, gdybyś tylko wiedziała.
- Mój pierwszy raz był okropny - kontynuuje, robiąc
tragikomiczną minę.
- Och? - O tym akurat nigdy mi nie opowiadała.
- Tak, Steve Paton. Liceum, sportowiec idiota. - Wzdryga
się. - Strasznie niedelikatny. A ja nie byłam
gotowa. Oboje mieliśmy nieźle w czubie. No wiesz, typowa
katastrofa nastolatków po szkolnym balu. Dopiero po kilku
miesiącach zdecydowałam się spróbować jeszcze
raz. Naturalnie nie z tym palantem. Byłam za młoda. Dobrze zrobiłaś, że zaczekałaś.
- Kate, to okropne.
- Aha, minął prawie rok, nim przeżyłam pierwszy orgazm
podczas penetracji, a ty? Proszę bardzo... pierwszy
raz?
Nieśmiało kiwam głową. Moja wewnętrzna bogini siedzi w
pozycji kwiatu lotosu i uśmiecha się przebiegle, mocno z siebie zadowolona.
- Cieszę się, że straciłaś dziewictwo z kimś, kto
odróżnia kciuk od łokcia. - Mruga do mnie. -
No to kiedy znowu się
spotykacie?
- W środę. Idziemy na kolację.
- Więc nadal ci się podoba?
- Tak. Ale nie wiem, co będzie z... przyszłością.
- Jak to?
- To skomplikowane, Kate. No wiesz,
zamieszkujemy zupełnie różne światy. - Doskonała wymówka. Wiarygodna. Znacznie lepsza niż: „On ma Czerwony Pokój Bólu i chce ze mnie zrobić seksualną niewolnicę".
- Och, błagam, nie patrz na pieniądze, Ana. Elliot mówił,
że jego brat nie ma w zwyczaju się z nikim
spotykać.
- Naprawdę? - Głos mam wyższy o oktawę.
„To zbyt oczywiste, Steele!" - podświadomość piorunuje
mnie wzrokiem i grozi chudym palcem, a następnie
przekształca się w wagę sprawiedliwości, żeby mi przypomnieć, że Christian
może mnie podać do sądu, jeśli zbyt wiele
wyjawię. Ha... i co zrobi, zabierze mi wszystkie pieniądze? Muszę pamiętać,
aby wpisać w Google „kary za niedotrzymanie
warunków umowy o zachowaniu poufności",
kiedy już będę szperać w necie w poszukiwaniu innych informacji.
Zupełnie jakbym dostała pracę domową. Może będą i oceny. Rumienię się,
przypominając sobie szóstkę za poranny eksperyment
w wannie.
- Ana, o co chodzi?
- Przypomniało mi się po prostu coś, co powiedział
Christian.
- Wyglądasz inaczej - mówi z czułością Kate.
- Czuję się inaczej. Jestem obolała - wyznaję.
- Obolała?
- Trochę? - Kolejny rumieniec.
- Ja też. Faceci - prycha z udawaną odrazą. - To
zwierzęta.
Obie wybuchamy śmiechem.
- Boli cię? - wykrzykuję.
- Tak... zbyt częste użytkowanie.
Chichoczę.
- Opowiedz mi o zbyt często cię użytkującym Elliocie -
mówię, kiedy przestaję się śmiać. Och, czuję się
zrelaksowana po raz pierwszy, odkąd stałam w tamtej
kolejce w barze... odkąd wykonałam telefon, który wszystko zmienił, odkąd
przestałam podziwiać pana Greya z daleka. Szczęśliwe, nieskomplikowane czasy.
Kate się rumieni. A niech mnie.
Katherine Agnes Kavanagh zamienia się w Anastasię Rose
Steele. Patrzy na mnie rozanielonym wzrokiem. Nigdy dotąd nie widziałam u niej takiej reakcji na mężczyznę. Opada mi szczęka. Kim jesteś i co
zrobiłeś z moją
Kate?
- Och, Ana - zachłystuje się. - On
jest taki... No w ogóle... A kiedy my... och... no
naprawdę... - Fatalnie, nie potrafi sklecić jednego
porządnego zdania.
- Chyba próbujesz mi powiedzieć, że go lubisz.
Kiwa głową, szczerząc się jak wariatka.
- I spotykam się z nim w sobotę. Pomoże nam
w przeprowadzce. - Klaszcze w dłonie, zrywa się z
sofy i tanecznym
krokiem podchodzi do okna.
Przeprowadzka. Jasny gwint, zupełnie o niej
zapomniałam.
- To miłe z jego strony - przyznaję. Będę go miała
okazję
lepiej poznać. Może dzięki niemu choć trochę zrozumiem jego dziwnego, niepokojącego brata.
- No więc co robiliście wczoraj wieczorem? - pytam.
Przechyla głowę i unosi brwi, posyłając mi
spojrzenie w stylu
„a jak myślisz, głupia?".
- Mniej więcej to, co wy, tyle że
najpierw zjedliśmy kolację. - Uśmiecha
się szeroko. - Naprawdę wszystko w porządku? Sprawiasz wrażenie przytłoczonej.
- Bo tak się czuję. Christian jest bardzo
absorbujący.
- Taa, zdążyłam zauważyć. Ale był dla ciebie dobry?
- Tak - uspokajam ją. - Jestem głodna jak wilk, mam coś
ugotować?
Kate kiwa głową i podnosi dwie kolejne książki
do spakowania.
- Co chcesz zrobić z tymi książkami
za czternaście patyków? - pyta.
- Zwrócić mu.
- Poważnie?
- Przesadził z tym prezentem. Nie mogę ich przyjąć,
zwłaszcza teraz. - Uśmiecham się do Kate, a ona
kiwa głową.
- Rozumiem. Przyszło do ciebie parę
listów, no i wydzwania José. Chyba jest zdesperowany.
- Zadzwonię do niego - rzucam wymijająco. Jeśli powiem Kate o José, zrobi z niego kotlet mielony. Biorę
ze stołu listy i otwieram je. - Hej, mam rozmowy w sprawie stażu! Za tydzień
w Seattle!
- W którym wydawnictwie?
- W obu!
- Mówiłam ci, że z twoją średnią wszystkie drzwi
będą stały
otworem, Ana.
Kate, naturalnie, załatwiła już
sobie staż w „Seattle Times". Jej ojciec ma znajomego, który też ma znajomego.
- Co sądzi Elliot o twoim wyjeździe? - pytam.
Kate wchodzi do kuchni i po raz pierwszy tego
wieczoru
wygląda na niepocieszoną.
- Rozumie to. Trochę nie mam ochoty jechać,
ale perspektywa dwutygodniowego
wygrzewania się w słońcu jest bardzo kusząca. Poza tym mama
uważa, że to będą nasze ostatnie prawdziwe
rodzinne wakacje, zanim Ethan i ja odpłyniemy do świata stałych posad i pensji.
Nigdy nie byłam za granicą. Kate
całe dwa tygodnie spędzi razem z rodzicami i bratem na
Barbadosie. W naszym nowym mieszkaniu
zamieszkam na razie sama. Dziwnie będzie. Ethan przed rokiem ukończył studia i od tamtej pory podróżuje
po świecie. Ciekawe, czy się z nim spotkam przed ich wyjazdem na
wakacje.
Jest przesympatyczny. Dzwoni telefon, wyrywając
mnie z zadumy.
- To pewnie José.
Wzdycham. Wiem, że muszę z nim porozmawiać.
Podnoszę
słuchawkę.
- Cześć.
- Ana, wróciłaś! - woła z ulgą.
- Na to wygląda. - Mój głos przepełniony jest
sarkazmem.
Przewracam oczami.
Przez chwilę milczy.
- Możemy się spotkać? Przepraszam za piątkowy wieczór.
Byłem pijany... a ty... no... Ana, proszę, wybacz
mi.
- Oczywiście, że ci wybaczam, José. Po prostu więcej tego
nie rób. Wiesz, że nie żywię wobec ciebie takich
akurat uczuć.
Wzdycha ciężko i ze smutkiem.
- Wiem, Ana. Sądziłem, że jeśli cię pocałuję, to
może twoje
uczucia ulegną zmianie.
- José, bardzo cię kocham i jesteś dla mnie kimś naprawdę
ważnym. Jesteś jak brat, którego nie mam. I to nie ulegnie zmianie. Wiesz o tym. - Strasznie mi przykro, że muszę go
rozczarować, ale taka jest prawda.
- Więc teraz jesteś z nim? - W jego głosie słychać
pogardę.
- José, nie jestem z nikim.
- Ale spędziłaś z nim noc.
- Chodzi o pieniądze?
- José! Jak śmiesz?! - krzyczę zdumiona jego
zuchwałością.
- Ana - jęczy i od razu mnie przeprasza. Nie jestem teraz
w stanie radzić sobie z jego małostkową
zazdrością. Wiem, że czuje się
zraniony, ale mam wystarczająco dużo na głowie.
- Może pójdziemy jutro na kawę, co? Zadzwonię - mówię
pojednawczo. To mój przyjaciel i bardzo go lubię. Ale w tej akurat chwili to wszystko nie jest mi potrzebne.
- No to do jutra. Zadzwonisz? -
Nadzieja w jego głosie sprawia, że czuję ściskanie w
sercu.
- Tak... dobranoc, José. - Rozłączam
się, nie czekając na jego odpowiedź.
- A co to wszystko miało znaczyć? - pyta ostro Katherine,
stojąc z rękami na biodrach. Wygląda
jeszcze bardziej nieustępliwie
niż zazwyczaj, więc uznaję, że najlepszą polityką
będzie szczerość.
- W piątek się do mnie przystawiał.
- José? I na dodatek Christian Grey? Ana, twoje feromony
szaleją. Co sobie ten głupiec myślał? - Kręci
głową z niesmakiem i wraca do pakowania.
Trzy kwadranse później przerywamy
pakowanie na rzecz specjalności lokalu, mojej lasagne. Kate otwiera butelkę
wina, siadamy pośród kartonów i skrzynek,
by jeść, pić tanie wino i oglądać badziewne programy w
telewizji. Normalność. Tak mile widziana po czterdziestu ośmiu godzinach... szaleństwa. Jem spokojnie i nikt mnie do tego nie zmusza. Co on ma z
tym jedzeniem? Kate sprząta po kolacji,
a ja kończę w salonie pakowanie. Została nam sofa, telewizor i stół. Czego jeszcze możemy potrzebować? Tylko kuchni i naszych sypialni, a na
ich spakowanie mamy resztę tygodnia.
Dzwoni telefon. To Elliot. Kate mruga do mnie i czmycha
do swojego pokoju, jakby miała czternaście lat. Wiem, że powinna teraz pisać mowę pożegnalną, ale wygląda na to, że
Elliot jest ważniejszy. Co ci Greyowie
mają w sobie? Co sprawia, że są rozpraszający, nieokiełznani i nie można
się im oprzeć? Upijam kolejny łyk wina.
Skaczę po kanałach telewizyjnych i w
sumie mam świadomość, że tylko odwlekam to, co
nieuchronne. Czerwoną dziurę w mojej torbie wypala ta
umowa. Mam dość sił, aby ją dzisiaj
przeczytać?
Chowam twarz w dłoniach. José i
Christian, obaj czegoś ode mnie
chcą. Z tym pierwszym łatwo sobie poradzę. Ale Christian... Christian to zupełnie inna sprawa. Po trochu mam
ochotę uciec i się ukryć. I co mam zrobić? Oczami wyobraźni widzę te jego
płonące szare oczy i mięśnie w moim ciele
natychmiast się zaciskają. Wciągam gwałtownie powietrze. Nawet go tu nie ma, a
ja się podniecam. To niemożliwe, aby chodziło tylko o seks, prawda? Przypomina
mi się jego łagodne przekomarzanie się podczas śniadania, radość wywołana tym, że tak mi się podobał lot
śmigłowcem, gra na fortepianie, ta słodka i jakże
smutna muzyka.
To taka złożona postać. A teraz
znam choć część powodów. Młody chłopak pozbawiony okresu
dojrzewania, seksualnie wykorzystywany przez jakąś podłą Mrs Robinson... Nic
dziwnego, że zachowuje się, jakby był starszy, niż jest. Serce przepełnia mi smutek na myśl o tym, przez co musiał przejść.
Zbyt jestem naiwna, aby wiedzieć dokładnie przez co, ale zrobię research i
trochę mnie oświeci. Tylko czy
rzeczywiście chcę wiedzieć? Chcę wejść do jego
świata, o którym nie wiem zupełnie nic?
Gdybym go nie poznała, pozostawałabym
w błogiej nieświadomości. Moje myśli biegną
ku zeszłej nocy i dzisiejszemu porankowi...
i tym niezwykłym zmysłowym doświadczeniom, które dane mi było
przeżyć. Czy chcę się z tym pożegnać? „Nie!" - krzyczy podświadomość...
Moja wewnętrzna bogini kiwa głową, wyjątkowo
się z nią zgadzając.
Kate wraca niespiesznie do salonu,
uśmiechając się od ucha do ucha. A może ona się zakochała?
Gapię się na nią z otwartymi ustami.
Nigdy dotąd się tak nie zachowywała.
- Ana, idę do łóżka. Zmęczona jestem.
- Ja też, Kate.
Przytula mnie.
- Cieszę się, że wróciłaś w jednym kawałku. W
Christianie
jest coś takiego... - dodaje cicho, ze skruchą.
Obdarzam ją bladym uśmiechem,
jednocześnie myśląc: skąd ona, do diaska, wie? To musi
być ta intuicja, dzięki której moja przyjaciółka
zostanie świetnym dziennikarzem.
Biorę torebkę i powolnym krokiem udaję się do sypialni. Jestem zmęczona naszymi wszystkimi cielesnymi
igraszkami i koszmarnym dylematem, z którym muszę się zmierzyć. Siadam na łóżku i ostrożnie wyjmuję z torby szarą
kopertę, a potem obracam ją w
dłoniach. Czy naprawdę chcę poznać zakres deprawacji Christiana? To takie przytłaczające. Wzdycham
głęboko i z sercem w gardle rozrywam
kopertę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz